Podróże

Zdążyć przed wschodem

Tęsknym wzrokiem oglądam fotografie. Piękne widoki cieszą moje oczy i przywołują wspomnienia. Rodzi się we mnie pragnienie, by znów stanąć na szlaku, by udowadniać sobie, że potrafię pokonać własne słabości. Ostatnia wyprawa odbyła się w lutym. O godzinie 3:30 wystartowaliśmy spod Wanga po to, by ujrzeć jak na Śnieżce, świat budzi się do życia. Zanim jednak wyruszyliśmy na szlak, musiałam przezwyciężyć strach przed ciemnością w lesie.

Teraz żałowałabym, gdybym się poddała i porzuciła swoje plany. W lesie faktycznie panowała ciemność, pod stopami skrzypiał zamarznięty śnieg, ale księżyc oświetlał nam drogę. Latarka na czole była naszym wiernym przewodnikiem i lekkie jej światło dodawało nam otuchy. Nie będę Was kłamać, że było łatwo. Po kilkunastu minutach słyszałam swój przyspieszony oddech i czułam podwyższony puls. W głowie niczym mantrę powtarzałam słowa: „Dasz radę, jesteś silna, pokonasz własne słabości, jeżeli tego dokonasz to, będziesz w stanie przezwyciężyć wszystko”. Pomogło, a ja z uśmiechem na ustach nuciłam górskie piosenki i szłam. Moje policzki były zimne od podmuchu mroźnego wiatru, para skraplała się na okularach a wystające kosmyki włosów, były pokryte szronem.

Nawet nie wiecie ile radości, sprawiło mi dotarcie do Strzechy Akademickiej. Z przyjemnością spoczęliśmy na zaśnieżonych ławkach i ogrzewaliśmy się gorącą herbatą. Ławka to nawet za dużo powiedziane, nieliczne deski wystawały spod grubej warstwy śniegu. Miałam obiekcje, że moje dresy do niej przymarzną, jak tylko usiądę, na szczęście nic takiego się nie wydarzyło. Po kilku łykach gorącego napoju i kęsie lodowatej kanapki poszliśmy dalej.

Cel był coraz bliżej. W pewnym momencie nie wiedzieliśmy jaki kierunek obrać. Szlak zimowy był dokładnie wytyczony, ale to oznaczało, że musimy zejść po to, by za chwilę wdrapywać się pod górę. Nagle ujrzeliśmy innego człowieka, podążyliśmy jego śladami. Prawie po kolana brodziliśmy w śniegu. Dobrze, że miałam stuptuty, które chroniły mnie przed przemokniętymi nogawkami i skarpetami. Po około godzinnej wspinaczce zobaczyłam ją. Majestatyczna jak zawsze, przyozdobiona białą szatą, niemal zapraszała do siebie. Patrząc w tym kierunku, ujrzałam kilkunastu turystów. Ich postacie nie były jeszcze do końca wyraźne, jednak latarki czołówki, wskazywały na kierunek, w którym spoglądają.

Wejście na szczyt nie należało do najprzyjemniejszych. Myślałam, że dostanę niewydolności oddechowej, ale się udało. Znów w moim umyśle wybrzmiały słowa mantry: „Dasz radę, jesteś silna, pokonasz własne słabości, jeżeli tego dokonasz, to będziesz w stanie przezwyciężyć wszystko”. Maleńkie odłamki lodu, zsuwały się w dół, tworzyły przy tym hipnotyzującą melodię. Pod stopami słyszałam chrzęst wbijających się kolców. Nie miałam możliwości wsparcia na czymkolwiek. Łańcuchy, które prowadziły na szczyt, sięgały mi do kostek. Tylko kijki trekkingowe zapewniały stabilizację. Weszłam. Sapiąca, zasmarkana, wciągająca powietrze niczym chory na astmę. Było pięknie. Zdążyliśmy na wschód słońca. Niebo bez skazy, a widok zapierał dech w piersiach. Łzy szczęścia spłynęły mi po policzku. „Dałam radę, jestem silna, teraz mogę wszystko”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *